so last season

Aktualny zastój na blogu spowodowany jest latem (upał, kurwa mać) oraz faktem, że moje życie dobrnęło do etapu, w którym kluczowym zwrotem jest następująca maksyma: „moje ciuchy są takie wieś-niac-kie” oraz nurtujące pytanie „jak ja w ogóle mogłam w tym chodzić?” Po ostatniej segregacji  rasowo-kulturowej, w szafie zostały mi dramatycznie nieliczne egzemplarze, które dostępują zaszczytu wyjścia z garderoby. Cała reszta, która cieszyła się zaledwie jednoosobowym podekscytowaniem, poszła w odstawkę, a na horyzoncie nie pojawia się ani odrobina ochoty na nowe zakupy. Kto wie, może asceza będzie wspaniałym pretekstem do zaprojektowania nowej linii ubrań? No wiecie, w tym kraju wszystko jest możliwe. Ach, no i bądźcie wyrozumiali widząc tu w najbliższym czasie ubrania z serii so-last-season.

PS Jesteście zmęczeni gadaniem o ciuchach? Ja też, dlatego też następnym razem będzie o czymś innym.

Poza tym muszę Was, drodzy czytelnicy w liczbie mniej niż milion, którzy ku mej radości nie zostawiacie komentarzy o podobnej wadze i treści do pytań: „czym myjesz włosy” oraz „ile metrów kwadratowych ma twoje mieszkanie” (z pozdrowieniami dla Charlize Mystery ;) pochwalić, bo statystyki mówią, że zaglądacie tu całkiem tłumnie pomimo mojego lenistwa. Fajnie, że jesteście!